28 maja, 2009

The faster I breathe The further I go

Gadam na głos. Wczoraj do kota, czy chce ze mną spać (Pan wyjechał, więc musiała się zadowolić moim towarzystwem, choć przecież mogła równie dobrze wybrać fotel na dole, musiałam zapytać). Wywiązała się rozmowa, więc przynajmniej zasypianie było miłe, ona też lubi przy świetle.
Dzisiaj po pokoju, łazience, po kuchni, i ciągle na głos - Szwajcaria, kultura organizacji. Dziś jeszcze randka z promotorem (mamy dla siebie kwadrans, do czego musiałam go zmusić esemesem. Uważam to za osobisty sukces) i wygłupy na ekonomii, o ile znów nie pozasypiają.

Zagraciły mi świadomość idiotyczne rozmowy rodzinne, że ojciec przypomina, że chce być skremowany, i wybrał sobie zamiast urny słoik twist-off, mamy go trzymać w piwnicy albo kotłowni, jak nam wygodniej. I Paweł przypomina, że pamięta.

Niech to się już skończy, byle szybciej. Budzę się z takim łomotem, nie wiem, czy to rozsądne wstawać. Szkoda tylko, że refren tytułowej piosenki - "Disaster..."