28 października, 2008

five moons



jeden już nie wystarczy - Johannes Vogl

27 października, 2008

rana na przeciętym palcu otwiera się w najmniej spodziewanym momencie boli palec wskazujący prawa ręka

alfabet

24 17 27 26 7 14

26 października, 2008

z cyklu

Dlaczego lubię swoją pracę:

-bo jak przyjeżdża Maciek akurat mam wolne,
-bo Janusz Leon Wiśniewski całuje po rękach i podrywa na toruńskie pierniki,
-bo Kaśka Herman z Czułym Barbarzyńcą i synkiem Leonem będą wpadać częściej,
-bo uwielbiam toruńskie pierniki,
-bo muszę wstawać tak wcześnie, że mam okazję dostrzec jak Czarna wślizguje się między kaloryfer a parapet; ale jednocześnie tak późno, by móc się poprzytulać do Kotka,
-bo siedzę na wyższym stołku niż Marta:>

22 października, 2008

literally





yerinmok.com

en el mediodia

Wrócić do domu po dwóch wykładach. Przez pierwszy wykład zastanawiać się, jak najskuteczniej zabić klina wykładowcy od estetyki, który cares only about quotations i nie ma pojęcia what photography really is. Na drugim wykładzie dowiedzieć się, że Alfons X był mądry, bo pisał hymny maryjne w języku galisyjskim używając arabskich strof. Wypuścić bashę Grubego i obserwować jego panowanie na terytorium omiecionego słońcem tarasu. Zapuścić pralkę i zmywarkę. Zjeść zielonego banana i biskity. I herbatę wypić. Powspominać to, co wczoraj w łazience. Posłuchać Moloko. Zamieścić najlepszą anty-anty-reklamę ostatnich czasów. Zmarznąć w samym podkoszulku.


20 października, 2008

how to get rid of

a 100 PLN bank-note in a minute? Let a Gypsy woman with kids step into your workplace.
An example that fucked all my intercultural experience along with a great idealistic faith. Nothing to add.

uwielbiam

18 października, 2008

mentir

"Hej! Cholera, nie wyrobię się. Myję grobowiec"

14 października, 2008





"(...) ona i ono, dotknięte tym samym miłosnym lub żałobnym znieruchomieniem, wpośród dziejącego się świata. Jedno jest przyklejone do drugiego, całym ciałem, jak skazaniec przywiązany do trupa w pewnych torturach czy jak te pary ryb (chyba rekinów, według Micheleta), płynące w połączeniu, jakby w wiecznym zespoleniu miłosnym"

Barthes

too damn hard to classify

Siedzenie w domu zawsze spycha mnie w nieuporządkowane zakamarki własnej głowy. Co nie jest dobre, bo zazwyczaj wychodzę z niej jeszcze bardziej potargana.

Prześladuje mnie to od jakiegoś czasu. Że wyjechać. Że przecież są szanse, są opcje, wyjdzie mi na dobre. Marta w Hiszpanii, może okradziona, ale skonfrontowana z rzeczywistością wielowymiarową jak rzadko. Bank Santander. Ale boję się tego, co zastanę po przyjeździe. Wyobraźnia kpi z wartości zmiany. "The ground beneath her feet" wzrusza bardziej niż zwykle.

Tego, co moje, jest niewiele. Obsesja jej ciągłej obecności, niezmywalna żadną wodą, żadnym mydłem, żadnymi słowami. Nic z tego, o czym mówimy w liczbie mnogiej. Ani kot, ani miejsce.
To, czego nie umiem, to, czego nie umiem się nauczyć, to, czego nie umiem zechcieć się nauczyć.
Czego nie przeczytałam i czego nie rozumiem, jak mówią. Wartość niewymierna, chwilowo żadna. Dużo powietrza i niepojemne płuca. Niechłonność.
I owszem, czepiam się. Nie znoszę błędów językowych, bo to jedna z niewielu stałych, względem których oznaczam swoje położenie. Koordynat dobry jak każdy inny - adres prywatnego dermatologa, ginekologa, dentysty. Rodzaj uzależnienia.

Zaczynam przestawać rozróżniać to, co chę napisać od tego, co piszę. Nie ma to nic wspólnego z utożsamieniem. Pamięć mi pęka.

10 października, 2008

Kobieta i Mężczyzna zrobili w domu sushi. Zjedli. Po czym Kobieta postanowiła rozwinąć kiełkujące w niej komórki grypowe zapodając sobie chorobową dawkę zdjęć Kuby De. A Mężczyzna, w celu przyłożenia sie do rychlejszego padnięcia (na razie na łóżko, później zobaczymy) zaaplikował Kobiecie paracetamol popity musującym wapnem z witaminą ce przepchniętym w dalsze rejony i odmęty organiczne przez cholinex. do ssania.

08 października, 2008

dojrzały

Nie mam ochoty tego pisać (wiedziona intuicją, że utwierdzi cię to w nieuzasadnionej męskiej dumie, Kot), ale mężczyźni zaatakowali mnie w ciągu ostatnich kilku dni taką ilością odpowiedzialności własnej, że coby zrobić miejsce na więcej takich miłych niespodzianek- kilka muszę przepisać z głowy.

Po pierwsze ojciec Ireneusz, który postanowił przełamać rutynę codziennego życia u boku dojrzewającego syna, małoletniej córki oraz odwiecznie oddanej kobiety i zapisać się na studia. Godne pochwały. Szczególnie gdy wyobrażam sobie (oj, tato...) jak ubrany w garnitur czterdziestodwulatek czuje się wśród ledwopomaturalnej prowincjonalnej młodzieży. I jak ironia społecznego cienia, który kładzie się na wszystkim , czego się dotknie, czyni z niego przewodnika stada, barana z pierwszego rzędu, starostę roku. Tato, jestem dumna, że na pierwszych zajęciach z rosyjskiego zaprotestowałeś przeciwko opresyjnemu systemowi selekcji nauczanych na uniwersytecie języków, i na teście sprawdzającym Twoją wiedzę praktyczną pozostawiłeś jedynie esencję- imię i nazwisko.

Poza tym Kot. Ma wyjątkową umiejętność uszczęśliwiania na siłę, które przekonuje mnie, że warto czasem posłuchać i nie udawać, że wiesza się pranie w pokoju obok. Zobaczymy, jak będzie.

Na koniec pozostawiam Szanownego Pana siedzącego koło mnie w autobusie linii 114 jadącym w kierunku Kampusu UJ po godzinie 16 (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie). Rzeczony siedemdziesięciolatek z dwiema siatkami kozaków świeżo zerwanych na kolanach zaczytywał się w publikacji (gazetowej, fakt, ale niewielu jego rówieśników czyta dodatki "sztuka") dotyczącej Sherie Levine. Pomyślałam, klawy gościu, mam ochotę pocałować cię porozumiewawczo w starcza łysinkę. Dobre wychowanie zwyciężyło.

06 października, 2008

03 października, 2008

care, carefull, careless

02 października, 2008


bo czas mija kiedy nie patrzymy