
Prywatna plaża w Marina di Pisa, 15 minut drogi od miasta. Nasz camping mieścił się po drugiej stronie ulicy biegnącej równolegle do morza. Było gorąco, a pierwszej nocy igły z okolicznych drzew spadały na namiot z taką siłą, że ilekroć budziłam się w nocy, przerażała mnie siła deszczu. Pewnego dnia przyjechała diabelska maszyna i w ciągu godziny wycięła hektar lasu, bez pytania zabierając nam cień. Ratownicy na tej plaży pochodzili z Jamajki.

Plaże były kamieniste, co 500 metrów stały na bulwarze takie wagi. Wieczorami, takimi jak ten, chodziliśmy na spacery i rytualnie zjadaliśmy melona patrząc na fale. I zastanawiając się, myśląc chyba każdy o czymś innym. Odchodziliśmy z nadbrzeża dosłownie słoni od kropel. Kiedyś morze wyrzuciło na brzeg meduzę.

Spędziliśmy dzień w Pizie. Campo dei Miracoli faktycznie wygląda niezwykle. Porażająca ilość białego marmuru dekorowanego ażurowymi oknami i cieniutkimi wieżyczkami skontrastowana z idealnie zielonym trawnikiem, którego pamięć sięga zapewne co najwyżej zeszłej wiosny. Chmara ludzi, którą udało mi się wydestylować. Pamietam też niemiłosierny upał, zagubienie w sieci małych uliczek i najdroższe espresso świata.

Nie ufał mi. Bawiliśmy się kamykami. Chciałam to zdjęcie zrobić w tajemnicy, ale się nie udało. W każdym bądź razie powstał taki intymny Mitoraj, piękny moim zdaniem. Nad tą wodą rozmawialiśmy też dużo o planach na przyszłość. Najbliższe - mieszkaniowe - właśnie się realizują.

Florencja mnie zaskoczyła. Taka piękna na każdym kroku, a jednocześnie taka naturalna, niewymuszona. Zaraz za tym mostem znajduje się ewenement w historii architektury - jeden z niewielu istniejących mostów zamieszkanych. Wygląda z daleka jak stelaż, do krótego poprzyklejane są kolorowe lepianki. Miłość od piewszego spojrzenia. Poza tym odwiedziliśmy Uffizi, i to również było przeżycie estetyczne. Plus kawa i panorama.

Pierwszy dzień we Francji. Arles, pączkowanie małych knajpek. Wieczorem pobyt nad rzeką z Tomkiem i Karolem, opowieści z podróży i atak komarów, którego efekty jeszcze długo będa widoczne. Pierwszy raz piłam tam dobre różowe wino. Następnego ranka mieliśmy odwieźć chłopców na pociąg do Marsylii, ale się rozmyślili i zwiedziliśmy Avignon, który podczas festiwalu teatralnego faktycznie zamienia sie w miasto obłąkanych.

"Failed attempt to photograph reality" by Duane Michals. Jedna z ciekawszych wystaw podczas Rencontres d'Arles. Poza tym Without Sanctuary - zestaw archiwalnych pocztówek fotograficznych ze Stanów, prezentujących rzezie Ku Klux Klanu dokonywane na ludności kolorowej. Wstrząsające. Nie mniej poruszające dokumenty Nan Goldin oraz jej prywatna kolekcja zdjęć. Tabu ciała i jego wszelkich wykorzystań, naruszeń, ubytków i pogwałceń ukazane na wszystkie możliwe sposoby.

U nas nie umieszcza się na karuzeli Byka i Świni, więc uznałam to za odpowiedni materiał do uwiecznienia. Niedaleko stamtąd znajdował się park, obok którego Gutek kupował marokański piasek (jego wypalenie okazało się zgubne dwa dni później, ale to zakazana historia), a także posterunek policji, który kilkakrotnie odwiedziliśmy w celach mniej rekreacyjnych, niżbyśmy tego chcieli (kolejna opowieść z cyklu szszszsz...).

Hall naszego hotelu w Arles. Ciepły i kojący. Ten hotel za dużo zobaczył i usłyszał (naked woman wraped in a white towel, strolling through hotel yard, watching her palm holding a cigarette, nervously shaking). Dużo mnie nauczył.

Ostatni przystanek w podróży - hotel w Karlsruhe. Zdjecie robione z fleszem, o świcie; wszystko, co się świeci, to woda - przez cały dzień padało. Niemiecka ziemia była dla nas nieprzyjazna. Dostałam mandat, choć nie prowadziłam samochodu. Kawa i herbata były niedobre, a temperatura nie przekraczała 16 stopni. Mimo to podróż była udana.
Powrót ma swoje prawa.
Powrót ma swoje prawa.