14 października, 2008

too damn hard to classify

Siedzenie w domu zawsze spycha mnie w nieuporządkowane zakamarki własnej głowy. Co nie jest dobre, bo zazwyczaj wychodzę z niej jeszcze bardziej potargana.

Prześladuje mnie to od jakiegoś czasu. Że wyjechać. Że przecież są szanse, są opcje, wyjdzie mi na dobre. Marta w Hiszpanii, może okradziona, ale skonfrontowana z rzeczywistością wielowymiarową jak rzadko. Bank Santander. Ale boję się tego, co zastanę po przyjeździe. Wyobraźnia kpi z wartości zmiany. "The ground beneath her feet" wzrusza bardziej niż zwykle.

Tego, co moje, jest niewiele. Obsesja jej ciągłej obecności, niezmywalna żadną wodą, żadnym mydłem, żadnymi słowami. Nic z tego, o czym mówimy w liczbie mnogiej. Ani kot, ani miejsce.
To, czego nie umiem, to, czego nie umiem się nauczyć, to, czego nie umiem zechcieć się nauczyć.
Czego nie przeczytałam i czego nie rozumiem, jak mówią. Wartość niewymierna, chwilowo żadna. Dużo powietrza i niepojemne płuca. Niechłonność.
I owszem, czepiam się. Nie znoszę błędów językowych, bo to jedna z niewielu stałych, względem których oznaczam swoje położenie. Koordynat dobry jak każdy inny - adres prywatnego dermatologa, ginekologa, dentysty. Rodzaj uzależnienia.

Zaczynam przestawać rozróżniać to, co chę napisać od tego, co piszę. Nie ma to nic wspólnego z utożsamieniem. Pamięć mi pęka.