22 kwietnia, 2009

dulces suenos bajo cero


Bronię się jak mogę przed fotograficznym szaleństwem wokół. Nawet przed B. Ale Polaroidom dałam się skusić, przeszłam na ich stronę, chyba nieodwołalnie. Choć zakładając, ze stan zakochania utrzymuje się przez trzy miesiące, mam możliwość wycofania się z tej deklaracji:).
Urzekła mnie w nich cecha ściśle niefotograficzna, mianowicie pojęcie oryginału. Szacunek do kasety, w której masz dziesięć okienek na świat, dziesięć możliwości. Tylko tyle. Jak analogiem - nie masz powrotu, możliwości skasowania, wyczyszczenia pamięci. Tracisz małe życia, jedno po drugim. A Polaroidy do tego są tak oporne na stylistyczne machinacje, takie wsobne, autonomiczne. Bo nie po to przecież, żeby imponować.
Powyżej - w kontraście do wielkomiejskiego kółka wzajemnej adoracji. Afirmacja.