Uwielbiam te dwa miejsca, które mi się czasem śnią. Nie ma ich naprawdę, gdyby były, już doskonale bym je znała. To chyba taki bagaż dzieciaka, który widział wilka w lesie, bał się pływać i pierwszy raz całował się na trawie. W każdym bądź razie - jedno jest na górze. Trzeba iść w stronę domu Beaty, ale za nim skręcić w lewo i jest wielka, zalesiona góra. Pod tą górę się wchodzi i jest miasteczko. Przy drodze polnej stoi młyn, ogromny i stary, poza tym dziwny kościół jeszcze wyżej i dalej. I zawsze tam jest wczesne lato i wieje taki wiatr orzeźwiający, którego w rzeczywistości prawie nie daje się doświadczyć. W tym drugim miejscu, głęboko w lesie, realnie w głębi Siwej Doliny (idąc w stronę źródełek) jest ogromne naturalne jezioro, o kształcie idealnie prostokątnym, jak basen. Z tym, że całe porasta gęstwina roślin, jest tam mnóstwo kwiatów wodnych, plątanina liści, a woda nieskazitelnie czysta. I wchodzę tam, nago płynę, nikt mnie nigdy nie zobaczy.
I pewnie dobrze, że nikt tego nie czyta. Gwałt polegający na kradzieży nad/świadomości się nie dokona. Ale jak to boli, ze nie można być tam częściej, ze nie można częściej czuć się po prostu szczęśliwym.
I pewnie dobrze, że nikt tego nie czyta. Gwałt polegający na kradzieży nad/świadomości się nie dokona. Ale jak to boli, ze nie można być tam częściej, ze nie można częściej czuć się po prostu szczęśliwym.